4 Obserwatorzy
3 Obserwuję
Callitus

Trochę zdrowego snobizmu

Nie lubię tracić czasu na marne książki. Staram się nadrobić klasykę literatury, zapewne stąd ten snobizm w tytule. Nie gardzę także literaturą faktu, od czasu do czasu lubię jednak odpocząć przy młodzieżowej literaturze, bądź ckliwym romansie.

Teraz czytam

Hrabia Monte Christo
Aleksander Dumas (ojciec)
Antologia 100/XX. Tom I
Michał Dymitr Krajewski, Maria Rodziewiczówna, Stanisław Mackiewicz, Maria Konopnicka, Stefan Żeromski, Jan Parandowski, Janusz Korczak, Melchior Wańkowicz, Władysław Stanisław Reymont, Antoni Sobański, Józef Mackiewicz, Ryszard Kapuściński, Antoni Słonimski, Maria Dą
Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską
Dariusz Zaborek

Kaznodzieja

Kaznodzieja - Camilla Läckberg Szwedzkie kryminały wypłynęły na szerokie wody na fali popularności trylogii Millenium autorstwa Stiega Larssona. Pokłosiem tego międzynarodowego sukcesu jest seria kryminalna autorstwa Camilli Läckberg o malowniczej miejscowości nad morzem nazywającej się Fjällbacka. Podobnie jak porażał mnie tak wielki sukces sagi Zmierzch czy, nieco bardziej aktualnie, 50 twarzy Greya, podobnie zaskakuje rozgłos, jaki uzyskała twórczość szwedzkiej „mistrzyni kryminału”. Na wstępie zaznaczę, że nie jestem fanką tego gatunku - przeczytałam trylogię Larssona oraz kilka książek Kinga, ale ludzie, którzy o literaturze wiedzą znacznie więcej ode mnie, nie wkładają go jednoznacznie w żadną szufladkę zwaną gatunkiem literackim – więc moje odczucia są odczuciami laika, który w świetle słońca chce przeczytać coś przyjemnego, łatwego w odbiorze. Wydawałoby się, że twórczość Läckberg spełnia te niskie wymagania wręcz znakomicie. Mamy tak popularną Szwecję, malowniczą osadę Fjällbackę, niezbyt zawiłe historie. Byłoby cudownie, gdyby nie to, że autorka stosuje wyświechtane chwyty, mające stopniować napięcie, irytują jednak niemiłosiernie, a ja mam wrażenie, że mój intelekt jest po prostu obrażany i wyśmiewany. Zacznijmy jednak od początku. Pierwsza książka zaczyna się powrotem w rodzinne strony. Erika Falck po latach odwiedza rodzinne strony, dowiaduje się, że jej przyjaciółka z dzieciństwa popełniła samobójstwo. Po głębszych oględzinach jej zwłok okazuje się, że Alex została zamordowana, co dla Eriki, pisarki, która aktualnie przeżywa kryzys twórczy, jest cudowną wręcz odskocznią od nudnej rzeczywistości i zaczyna prowadzić własne śledztwo (tako twierdzi okładka książki, ja polemizowałabym z taką definicją śledztwa). Dołącza się do niej Patrik, miejscowy policjant, który (o dziwo!), zakochany jest w Erice od dzieciństwa, uczucie nieco przygasło, gdy ona wyjechała na studia, a on został w rodzinnej miejscowości, po latach wybucha jednak nowym, silniejszym płomieniem. Główna oś fabuły została już przeze mnie nakreślona – bo nie, drogi czytelniku, nie łudź się, nie jest nią wcale śledztwo, ale niesamowicie nudny wątek osobisty, naznaczony czułością, wypiekami, czy innymi wysokokalorycznymi wyrobami i posypane wszechobecnym lukrem dwóch wspaniałych osobistości, którymi niewątpliwie są, jak na każdym kroku podkreśla autorka, Patrik i Erika. Świat stworzony przez Läckberg jest niesamowicie płaski, postacie są jednowymiarowe, ludzie są czarno-biali, kreska pomiędzy dobrem i złem jest niesamowicie wyraźna, brakuje odcieni szarości. Choć taka konwencja jest podstawą wszelkich baśni, to w mocnym kryminale, jak zapewnie nas okładka Kaznodziei nie ma ona prawa bytu. Matki Polki (w postaci Anniki czy Eriki) spotkasz na każdym kroku. W powieści występuje nastolatka? Tutaj mamy szansę, tak zwane fifty/fifty – albo będzie zbuntowana, zła i niedobra, albo będzie ułożona, dobra i kochająca. Autorka pod żadnym pozorem nie tworzy pełnych portretów ludzkich, nie analizuje ich postaw, zachowań, ona tworzy marionetki, które nie mają szansy zaistnieć w realnym świecie. W trakcie czytania niesamowicie irytowała mnie maniera pisarki, która, szczególnie w pierwszej książce, stosowała mowę pozornie zależną aż w nadmiarze. Wynurzenia bohaterów były po prostu głupie, autorka jeszcze wyraźniej nakreślała różnicę między bielą a czernią – bohater jest złośliwy, zły? Mimo swoich sześćdziesięciu lat musi być także infantylnym półgłówkiem, który zadziera nosa i wszędzie widzi spiski. Patrik ma wrażenie, że komuś źle z oczu patrzy? On nie może się mylić, na pewno tak jest! Kontynuując wątek stylu, nie lubię, gdy autor na siłę próbuje mi udowodnić (najczęściej poprzez wspomnienia tego raz na kilka stron), że ktoś jest taki, gdy jego zachowanie, dialogi, postawa wcale taka nie jest – tutaj mam głównie zarzut do postaci Eriki, która podobno jest cudowną kobietą, zaradną, dzielną, ale w książce tego w ogóle nie widzę, co więcej, jest jedną z bardziej irytujących postaci kobiecych, z jaką kiedykolwiek miałam okazję się spotkać (a czytałam serię Dary Anioła Cassandry Clare, nie sądziłam, że ktoś zbliży się do poziomu Clary). Nie znam języka szwedzkiego, więc nie mogę przekonać się sama, czy pod względem stylu, warsztatu kuleje sama autorka, czy tłumacz, bo zgrzytało niejednokrotnie. Ponadto Läckberg stosuje bardzo tanie chwyty. Policja dostaje wiadomość, która jest przełomowa dla przebiegu śledztwa. Czytelniku, pozostań spokojny, dowiesz się za jakieś kilkanaście stron, w międzyczasie dla odprężenia przeczytaj opis przygotowywanego przez Erikę posiłku. Sztuczne budowanie napięcia, które mnie po prostu złościło. Lubię, gdy książka jest dla mnie jakimś wysiłkiem intelektualnym, gdy „pracuję” razem z postaciami, układam to w jedną całość, a autorka, niczym bezbronnemu dziecku, odbiera mi tę radość. Na sam koniec warto zmierzyć się ze stwierdzeniem szwedzka mistrzyni kryminału. Moim zdaniem zaliczenie tej sagi do gatunku kryminalnego jest błędem. Dla mnie to powieść obyczajowa z wątkami kryminalnymi – może tutaj tkwi nowatorstwo prozy Läckberg? Jak wspominałam wcześniej, tutaj dominuje wątek miłosny, interakcji ludzkich – bardzo powierzchownych, należy nadmienić, a samo śledztwo toczy się gdzieś w tle, stoi na uboczu. Warto jednak podkreślić wartość rozrywkową takiej książki, którą przeczyta się raz i szybko się o niej zapomni. To idealne czytadło na deszczowy bądź letni (pogoda aktualnie zmienia się jak w kalejdoskopie) wieczór. Z tej serii przeczytałam dwie książki i wiem, że do nich nie wrócę, jednak w pewien sposób jestem w stanie pojąć ich sukces – dziś popularne są proste historie, pisane ku pokrzepieniu serc, gdzie wszystko jest piękne, poukładane i proste. 2/10

Biała gorączka

Biała gorączka - Jacek Hugo-Bader "Bo my, widzisz, jak nasza Rosja. Ciągle próbujemy się podnieść, ale jakoś nam nie wychodzi" Rosja jest dla mnie fenomenem. Kraj ciągnący się przed dwa kontynenty, łączący w sobie wiele kultur, tradycji, pełen sprzeczności, ale jednocześnie fascynujący, przyciągający. Jacek Hugo - Bader wybiera się w podróż wręcz ekstremalną, do Władywostoka, ponadto śladem Reportaży z XXI wieku odwiedza byłe republiki Związku Radzieckiego. Na pierwszy rzut oka widać, jak wielką miłością Bader darzy ten dziwny kraj. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, miałam okazję zapoznać się z jego stylem w Dziennikach kołymskich i także tutaj bardzo rzuca się on w oczy. Autor obdarzony jest niezwykłą dosadnością słowa, jak na reportera przystało, celnie potrafi zobrazować pewne zjawiska, schematy czy zachowania ludzkie. Książkę, mimo trudności poruszanych przez niego tematów, czyta się szybko i ciężko oderwać się od świata, który pokazuje. Dociera do głębi ludzkości, jej pierwotności, potrzeby wiary, wolności ducha (co ujawnia się szczególnie w postaci autora, jego odwadze, determinacji i pasji) i chęci życia, nawet w najtrudniejszych warunkach. Wydaje mi się, że jednak Hugo - Baderowi w pewnym momencie uciekła koncepcja książki. Mnogość poruszanych przez niego tematów - hippizm, alkoholizm, HIV, wszechobecna korupcja, handel ludźmi, zniszczone życia i marzenia, jest momentami przytłaczająca. Autor, jego opowieść, gna, nie ma czasu na refleksję, na zastanowienie się, liczba historii, tragedii, którą chce nam pokazać w pewnym momencie chyba wymyka mu się z rąk. Poza tym, czytelnik nie ma czasu, aby z którąkolwiek z nich się zidentyfikować, współczuć, bo za chwilę zaczyna się kolejna, która swoim ciężarem przytłacza jeszcze bardziej. Początkowo Hugo - Bader pisze o swojej podróży przez Rosję, zimą, potem dochodzą wspominane przeze mnie Reportaże z XXI wieku, gdzie odwiedzamy Mołdawię, Krym. Materiał można było spokojnie moim zdaniem rozłożyć na dwie książki, o wiele lepiej rozwinąć historie prezentowanych osób. W tle majaczy gdzieś podróż samochodem, ten wątek też mógł zostać nieco lepiej potraktowany. Często jest podkreślana także jego niezwykła umiejętność wysłuchiwania ludzkich opowieści. W pewnym momencie miałam jednak wrażenie, że w duchu podśmiewa się z szamańskich rytuałów. On, przybysz z Zachodu, nie ma zrozumienia dla prostych, może nawet prymitywnych wierzeń ludzi, którzy po prostu szukają pocieszenia w sile, której nie potrafią pojąć, bo to czyni ich życie łatwiejszym, jakkolwiek idiotycznie by to nie zabrzmiało w kontekście całej książki. Ponadto, autor powiela stereotypy. Jego Rosja jest zacofana, skorumpowana, biedna. Przytłacza obraz wszechobecnej nędzy i rozpaczy. Wszystko rysuje w szarych barwach - zapewne odzwierciedla rzeczywistość, jednak tutaj wchodzę ja i zadaję sobie pytanie: Skąd w takim razie aż tak wielka fascynacja? Pewnych rzeczy chyba nie jestem w stanie pojąć. Szykowałam się na ucztę, pozostał jednak niedosyt. 6/10

Cyrk nocy

Cyrk nocy - Erin Morgenstern Cyrk pojawia się bez zapowiedzi. W nocy, aby za dnia swoją aurą tajemniczości i uroku uwieść mieszkańców, rozpalić ich zmysły i sprawić, aby nie mogli doczekać się nocy, gdy wreszcie cyrk zostanie otwarty, gdy wreszcie ich ciekawość wcale nie zostanie zaspokojona, ale będą tylko marzyć o tym, aby doświadczyć więcej. Celia i Marco są trenowani od dzieciństwa, a życie jest dla nich wieczną areną, na której mają pobić swojego oponenta. Ale jak, w jaki sposób, gdy słowa ich mentorów są jeszcze bardziej niejasne niż zasady ich bitwy? Wiedzą tylko, że ich areną jest cyrk, z którym nierozłącznie związane jest życie obojga. Cyrk, który nęci, kusi każdego, kto kiedykolwiek postawi tam nogę. Cyrk, w którym dzieją się rzeczy nieprawdopodobne, mogłoby wydawać się, że złudne, które nie mają prawa bytu, magiczne. Język jest niesamowicie obrazowy, poetycki, malarski. Choć wystrój cyrku składa się tylko z dwóch kolorów, czerni i bieli, opisy są niezwykle sugestywne. Czytając książkę czułam się jak dziecko, gdy mama czytała mi kolejne bajki, a ja żyłam w świecie dzieciaków z Bullerbyn. Tutaj też często zamykałam oczy, widziałam przed sobą misternie skonstruowany zegar, który żyje własnym życiem, widok ludzi oczarowanych kolejnymi pokazami, w powietrzu roztaczał się zapach jabłek, cynamonu i niesamowicie delikatnych, kobiecych perfum, gdzieś nieopodal swoje możliwości pokazywała kobieta-guma, a wokół było słychać rozlegające się gwary rozmów, podekscytowanych szeptów. Historia nie tylko pojedynku, ale ludzi związanych z cyrkiem - Isobel, Alexandra, Gizmo czy Szkraba wciąga niesamowicie. To nie jest książka, która zmieni sposób postrzegania świata, zmusi do refleksji nad swoim życiem, kondycją ludzkości. Nie tym miała być. Miała być wciągającym i jednocześnie pociągającym światem złożonym z dwóch kolorów i wielu barwnych charakterów, a to wszystko okraszone szczyptą magii. Jest przede wszystkim wspaniałą opowieścią. A to, moim zdaniem, nie zdarza się wcale tak często.

Papierowe miasta

Papierowe miasta - John Green Zazwyczaj patrzyłam z dość sporym przymrużeniem oka na literaturę młodzieżową. Myślę, że jak wiele literackich snobów patrzyłam na nią przez pryzmat "Zmierzchu", a seria o "Harrym Potterze" to tylko fortunny wypadek przy pracy. Do czasu. Dwie książki - "Gwiazd naszych wina" oraz "Złodziejka książek" - zdecydowanie zmieniły mój pogląd na ten typ literatury. Spotkanie z "Papierowymi miastami" jest pokłosiem udanej lektury najnowszej książki Johna Greena. Tym razem autor opowiada historię Quentina, którego przyjaciele nie popisali się kreatywnością przy wymyślaniu ksywki i nazywają go Q, oraz Margo, jego sąsiadki. Dziewczyna jest miłością życia Q, choć ona nie odwzajemnia tego uczucia. Jak zaczyna się narracja Q: "Widzę to tak - każdy w życiu doświadcza swojego własnego cudu. Choć, zapewne nigdy nie uderzy mnie piorun, nie wygram Nagrody Nobla, nie zostanę dyktatorem na jakiejś malutkiej wyspie na Pacyfiku, zachoruję na śmiertelnego raka ucha czy naglę stanę w płomieniach. Ale jeśli weźmiesz pod uwagę wszystkie te nieprawdopodobne rzeczy, co najmniej jedna z nich przydarzy się każdemu z nas. Mogłem zobaczyć deszcz żab. Mogłem postawić nogę na Marsie. Mogłem zostać zjedzony przez wieloryba. Mogłem poślubić królową Anglii albo przerwać miesiące na morzu. Moim cudem było to: ze wszystkich domów, ze wszystkich dzielnic w całej Florydzie, byłem sąsiadem właśnie Margo Roth Spiegelman". To jest książka typowo skierowana do nastolatków. John Green jest właśnie przez tę grupę uwielbiany, między innymi dlatego, że niesamowicie ją rozumie. Rozumie ich potrzebę odnalezienia siebie, swojej drogi, odkrycia pewnych rzeczy, które są fundamentalne do tego, aby móc określić swoją własną osobę w tym szale, pędzie, który jest nam narzucany. Mówi o tym Margo: "Czy zdawałeś sobie sprawę z tego, że przez całą historię ludzkiego gatunku, średnia ludzkość życia wynosiła mniej więcej 30 lat? Mogłeś liczyć na mniej więcej 10 lat takiej prawdziwej dorosłości, prawda? Nie było planów na emeryturę. Nie było planów na karierę. Nie było żadnego planowania. Nie było na to czasu. Czasu na przyszłość. Ale potem ta średnia stawała się coraz większa, ludzie zaczęli mieć tej przyszłości coraz więcej i więcej, więc spędzali coraz więcej czasu myśląc o niej. O przyszłości. A teraz życie stało się przyszłością. Każdy moment Twojego życia żyjesz dla przyszłości - idziesz do liceum, aby móc pójść na studia, aby dostać dobrą pracę, aby potem wybudować śliczny domek bo tylko wtedy będzie stać Cię na zapewnienie dzieciom dobrych studiów, żeby oni mogli dostać dobrą pracę, aby mogli wybudować sobie śliczny domek, a potem stać ich było na posłanie ich dzieci do dobrej szkoły." To są wbrew pozorom wątpliwości, które ma każdy nastolatek, nawet jeśli większość czasu spędzają "grając w gry" czy wagarując. Co potem? Co teraz? Dzisiaj już nie tylko nastolatek, ale także ludzie kończący studia. Chyba na tym polega fenomen Greena. Oczywiście, jest też on autorem ładnie opakowanych banałów, chyba najładniejszy z nich brzmi tak: "Zawsze wydawało mi się to tak niesamowicie śmieszne. To że ludzie chcą być wokół ludzi, którzy są ładni. To jak wybieranie płatków śniadaniowych na podstawie tego, jak wyglądają, a nie jak smakują." Do tej dość gorzkiej analizy społeczeństwa, chyba nie tylko amerykańskiego, warto dodać ten cytat: "Żyłam tutaj przez 18 lat i ani razu nie spotkałam nikogo, kto troszczyłby się o to, co naprawdę ma znaczenie. Green ułatwia nam wejście w dorosłość i pomaga zrozumieć i pojąć podstawowe prawdy człowieczeństwa i obcowania w społeczeństwie - że każdy człowiek jest tylko człowiekiem i nikim więcej. Każdy ma swoje wady i zalety. "Ależ zdradziecka jest wiara w to, że człowiek jest czymś więcej, niż tylko człowiekiem". Dochodzi on jednak do dość niecodziennych wniosków - że bycie z tym człowiekiem z krwi i kości, a nie z papierową, idealną imitacją jest lepsze, czyni nas bardziej... ludzkimi? W całą książkę cudownie wpleciony jest wątek męskiej przyjaźni, nieco szorstkiej, prześmiewczej, ironicznej, mimo to wiernej. Mogą na siebie liczyć w każdej (no przynajmniej w większości) sytuacji, znają się niesamowicie dobrze i wiele się od siebie uczą. Podróż Quentina można odczytywać na wiele sposobów - ja widzę to po prostu jako sposób na odnalezienie siebie. Nie musi to być podróż po międzystanowych autostradach, licząca tysiące kilometrów. Ważne, że pośród odpowiednich ludzi. Moja ocena: 8/10 PS Wszystkie fragmenty zostały przetłumaczone przeze mnie. Ich ewentualną językową nieporadność należy zrzucić na mój karb, nie tłumacza, który zapewne wykonał lepszą pracę :)

Śniadanie mistrzów

Śniadanie mistrzów - Kurt Vonnegut Kocham Vonneguta. Tylko i aż tyle. Bo mało którego pisarza kocham miłością tak wielką, bezgraniczną i ślepą

Miasto Szkła

Miasto Szkła - Cassandra Clare Od czego zacząć? Styl pisaniny Clare jest okropny, porównywalny, a nawet (o zgrozo!) gorszy od tego autorki Zmierzchu. Człowiek marzy tylko o tym, aby Clary dostała wreszcie w twarz, jest głupią i pustą nastolatką, podobnie jak i większość opisanych tam postaci - choćby Isabelle. Poza tym, Clare jest pisarką niesamowicie... nudną. Czytałam jej potterrowski FanFic i Jace jest po prostu kopią Draco, tylko ma skórzane spodnie. Nie polecam nigdy, nikomu, fabuła jest przewidywalna, ma się wrażenie: ja już to kiedyś czytałam - i tak jest! Strata czasu i, ewentualnie, pieniędzy.

Mr. Penumbra's 24-Hour Bookstore

Mr. Penumbra's 24-Hour Bookstore - Robin Sloan Widzę - nagroda na goodreads, mnóstwo pozytywnych recenzji, widzę - księgarnia, książki. Dostaję rozczarowanie. Recesja, kryzys, te słowa przerażają wszystko i wszystkich. Nie oszczędziła ona także Claya, młodego programistę, tóry zajmuje się tworzeniem stron internetowych dla firm. Pewnego dnia znajduje zatrudnienie w księgarni pana Penumbry, która jest czynna - jak tytuł wskazuje - 24 godziny na dobę. Opowieść mnie nie wciągnęła, język wydawał mi się nieco prosty, a same postaci płaskie. Mało mnie obchodziło, co się z nimi stanie, jak potoczą się ich losy. Clay mnie nieco irytował, książkę rzuciłam w połowie, bo męczyłam ją dobry miesiąc. Nie polecam

Bossypants

Bossypants - Tina Fey O Tinie Fey nie wiedziałam wiele, słyszałam tylko o 30 Rock, ale trzymałam się od niego raczej z daleka. Zmieni się to niedługo. Humor, cięty język, ironia, wszystko czego szukam w tego typu książkach. Bardzo polecam, szczególnie na bieżnię :)

Zaginiona dziewczyna

Zaginiona dziewczyna - Gillian Flynn Książka ta została najlepszym thrillerem 2012 roku według użytkowników strony goodreads.com - nie lubuję się w tym gatunku i nie jestem na bieżąco z nowościami, ale myślę, że nie bez powodu. Amy jest pierwowzorem literackim uwielbianej przez Amerykanów serii książek dla dzieci - Amazing Amy. Całe jej życie zostało naznaczone przez postać wymyśloną przez jej rodziców, wybitnych psychologów. Jest piękną, mądrą dziewczyną, której rodzice zapewnili dostatnie życie. Poznaje Nicka, który zostaje jej mężem. Ale w dniu piątej rocznicy Amy znika, zapada się pod ziemię. Od tego momentu (czyli w sumie od początku książki :) ) zaczyna się tak zwana jazda bez trzymanki. Książkę czyta się jednym tchem, nie da się jej odłożyć na półkę (bądź wyłączyć czytnika). Narracja prowadzona jest z dwóch stron - Nicka komentującego bieżące wydarzenia oraz Amy, a konkretniej jej wpisy z dziennika. Język jest mało skomplikowany, ale można znaleźć kilka nowych, interesujących wyrażeń (dla tych, którzy może skuszą się na przeczytanie książki po angielsku? :) ). Jak dla mnie same plusy, ale nie jestem skłonna dać jej więcej niż siedmiu gwiazdek - książka bardzo dobra, ale nic poza tym, czytadło. PS czy tylko mi się wydaje, że polska okładka jest strzałem w stopę? Angielska ma w sobie pewną... klasę, tajemniczość, tutaj ręce złożone jakby do modlitwy - kraj jest coraz bardziej laicki, a okładka ta spogląda na mnie w każdym Empiku i wcale nie zachęca do kupna